Część I - Rozdział czwarty

Część I

 

 

IV

 

 

    Środa w końcu nadeszła. Basia biegła prawie całą drogę ze szkoły. Pan Mikołaj miał co prawda przyjechać o trzeciej, a było dopiero wpół do drugiej, ale gdyby tak przyjechał wcześniej, to mógłby na nią nie poczekać, i co wtedy? Ostatnie pół godziny siedziała przy oknie - na szczęście, bo przyjechali prawie dziesięć minut wcześniej. Zanim zdążyli zatrąbić, Basia już była na dole. W aucie, oprócz Filipa, jechały jeszcze dwie dziewczynki. Monika z szóstej i Matylda z siódmej. Obie miały już swoje konie i jeździły na zawody. Basia widziała w ubiegłym tygodniu, jak skakały przez przeszkody. W aucie nie wydawali się tacy dorośli jak ostatnio, kiedy siedzieli na koniach. Uśmiechali się do niej i traktowali ja jak koleżankę. Dziewczynka była z tego bardzo dumna i czuła, że zaprzyjaźni się z nimi wszystkimi, a niedługo będzie jeździła tak dobrze jak oni.

    - Jesteś głodna? - zapytał pan Mikołaj, kiedy zatrzymali się przed domem.
    - Nie, jadłam obiad w szkole - odpowiedziała grzecznie Basia.
    - To dobrze, idź z Moniką do stajni, możesz pomóc jej czyścić - pan Mikołaj nie wydawał się już taki groźny jak na początku. - A wy szybko obiad i brać pierwsze konie - dodał do Filipa i Matyldy.

Monika miała konia o imieniu Oliver. Dostała go na urodziny od rodziców. Była z niego bardzo dumna. Basia nie wiedziała, jak nazywa się maść, jaką miał Oliver. Był cały brązowy, ale jego grzywa i ogon nie były czarne jak u koni gniadych, tylko brązowe jak ca la reszta.
    - Jak nazywa się taka maść? - zapytała, kiedy Monika wyprowadziła Olivera na korytarz.
    - Kasztan, a właściwie brudny kasztan.
    - To może pomogę ci go wyczyścić? - Basia gotowa była zrobić z Olivera czystego kasztana.
    - Ta maść nazywa się brudny kasztan, bo jest ciemny. Kasztan jest o wiele jaśniejszy, tak jak Żurawiejka - Monika wskazała boks obok, w którym stała ruda klacz ze skulonymi uszami, patrząca groźnym wzrokiem.
    - Chyba jest bardzo groźna - Basia wolała by ostrożna.
    - Nie bój się, można ją pogłaskać - uśmiechnęła się Monika - to ukochany koń pana Mikołaja, ma taki sam charakter jak on, tylko straszy -  Basia wolała jednak bliższą znajomość z Żurawiejką zostawić sobie na później.
    - Będziecie dzisiaj skakali przez przeszkody? - zapytała Monikę.
    - Dzisiaj jest środa, to chyba będziemy, ale to zależy od pani Marty - odpowiedziała Monika i zabrała się do czyszczenia Olivera.
    - Będziecie - do stajni weszła pani Marta. - Co, mała, chcesz popatrzeć? - spytała Basię.
    - Bardzo bym chciała - odpowiedziała Basia.
    - Dobrze, pomożesz podnosić drągi, jeździć będziesz o szóstej.
    - Pani Marto, co brać pierwsze? - do stajni weszła Matylda.
    - Ty bierz Berka, a Filip Sukcesa, tylko się pospieszcie. Dzisiaj musicie pojeździć po trzy konie. Basia, chodź ze mną- Pani Marta odwróciła się i wyszła ze stajni. Basia pobiegła za nią. Weszły do innej stajni. Pani Marta zatrzymała się przed boksem, w którym stał niewielki siwy konik, po prostu piękny.
    - To Miniaturka, tak ma na imię - uśmiechnęła się pani Marta, widząc zachwyconą minę Basi - weź szczotki i wyczyść ja porządnie, a kiedy tamci wyjadą, przyjdź na ujeżdżalnię -

Basia weszła do boksu. Pierwszy raz została sama z koniem. Do tej pory zawsze była Sylwia, mówiła, co trzeba robić i w ogóle. Miniaturka była co prawda mniejsza od Panny Migotki, ale zawsze to koń. Basia wzięła się ostro do czyszczenia. Tak jak pokazywała Sylwia, zaczęła od głowy, potem szyja i tak dalej. Gdy podczas czyszczenia Panna Migotka podnosiła głowę, Basia nie mogła do niej dosięgnąć, natomiast u Miniaturki sięgała nawet wtedy, gdy klacz miała głowę podniesioną całkiem wysoko. Mogła tez bez problemów wyczyścić zad. Kochała tego konia z każdym pociągnięciem szczotki bardziej. Migotkę tez kochała, ale Miniaturkę najbardziej. Czyszczenie sprawiało koniowi wyraźną przyjemność. Kiedy Basia przestawała na moment, żeby odsapnąć, Miniaturka zaczynała się wiercić. Trącała ją głową jak gdyby chciała powiedzieć: „No, czyść mnie dalej", Basia tak wyobrażała sobie „siódme niebo". Zapomniała o całym świecie, była tylko ona i Miniaturka. Oddałaby wszystko, żeby mieć takiego konia. Nie miała pojęcia, ile upłynęło już czasu, ale chyba dużo. Nagle głos pani Marty wyrwał ją z marzeń.

    - Zaczyścisz tego konia na amen.  
    - Myślałam, że ona to lubi - Basia za nic w świecie nie zrobiłaby krzywdy żadnemu koniowi, a co dopiero Miniaturce.      - Lubi, lubi! Mogłabyś ją tak czyścić cały dzień, ale już jest czysta. Chodź, chciałaś popatrzeć, jak skaczą - Basia schowała szczotki do woreczka. Pobiegła za panią Martą i stanęła tuż obok, na środku ujeżdżalni, przy ustawionych tam przeszkodach. Nie czuła się zbyt pewnie. Wokół niej galopowały konie i trochę się obawiała, że w końcu któryś na nią wpadnie.

    - Nie bój się - pani Marta uśmiechnęła się do Basi, widząc jej przestraszoną minę - oni wszyscy dobrze jeżdżą, no i konie też mają oczy. Chodź, usiądziemy na tych stojakach, tutaj będzie już całkiem bezpiecznie - Usiadły na dużych plastikowych skrzyniach, mających ze wszystkich stron specjalne zagłębienia, na których wieszało się drągi do przeszkód. Pani Marta mówiła co chwilę coś do któregoś z jeźdźców, a w międzyczasie rozmawiała z Basią jak gdyby były koleżankami. Nie pytała o szkołę jak inni dorośli, tylko o to, co Basia lubi, i dlaczego lubi konie, a potem rozmawiały już tylko o koniach, o psach, o kotach i o samych przyjemnych rzeczach. Basia powoli zaczynała oswajać się z końmi galopującymi tuż obok niej. Poprzedni niepokój zniknął, a obecność pani Marty dodawała jej pewności siebie.
    - Dobra, mała, stań sobie tutaj i na razie się nie ruszaj - pani Marta wstała ze skrzyni i pokazała Basi, gdzie ma stanąć. Sama ustawiła ze skrzyżowanych drągów niziutką przeszkodę, odmierzyła siedem kroków i między następnymi stojakami położyła drąg na ziemi.
    - Po dwa razy z kłusa w stronę autobusu! - krzyknęła i wszystkie konie zaczęły kolejno skakać przez ustawioną kopertę z drągów. Na końcu ujeżdżalni stał prawdziwy autobus z wielkim napisem na przedniej szybie „Konie sportowe". Basia zauważyła autobus od razu, pierwszego dnia. Zastanawiała się nawet, jakie są w nim siedzenia dla koni, bo z tyłu nie ma okien. Filip powiedział jej, że tam w środku są specjalne łóżka, na których konie sobie leżą w czasie podróży na zawody, ale nie była pewna, czy mu wierzyć, bo kiedy to opowiadał, głupkowato się uśmiechał. Ale na pewno jeszcze kiedyś zobaczy. Na razie przestała o tym myśleć, bo pani Marta ustawiła drugą przeszkodę tam, gdzie przedtem położyła na ziemi tylko drąg. Teraz ten drąg powiesiła na plastikowej skrzyni, na którą mówiła „stojak". Obok powiesiła drugi drąg.

    - Wiesz, jak nazywa się taka przeszkoda? - zapytała Basię.
    - Nie wiem - odpowiedziała dziewczynka zgodnie z prawdą
    - To okser. Tak nazywamy przeszkodę, w której dwa drągi ułożone są obok siebie, to przeszkoda „szeroka". Kiedy drągi powieszone są jeden nad drugim, mamy stacjonatę, przeszkodę pionową.

Okser, stacjonata, szeroka, pionowa. Basia robiła najmądrzejszą minę, na jaką było ją stać, ale tak naprawdę nie bardzo rozumiała różnice. Chciała zapytać, ale pani Marta zupełnie przestała zwracać na nią uwagę. Teraz konie miały do pokonania dwie przeszkody. Kiedy wszyscy pokonali je bezbłędnie, pani Marta podnosiła drągi jeszcze wyżej. Ciągle mówiła do jeźdźców różne rzeczy. Raz można było zrozumieć, o co chodzi, innym razem nie. Bo na przykład koń Filipa zrzucił drąg na drugiej przeszkodzie, a pani Marta powiedziała: „Dobrze, nic nie szkodzi, jeszcze raz". A koń Moniki bardzo ładnie przeskoczył obydwie przeszkody, a pani Marta zaczęła na Monikę krzyczeć i nawet powiedziała: „Do dupy" Basia jeszcze nigdy nie słyszała, żeby dorośli tak mówili do dzieci, ale nawet jej się to spodobało.

Monika ponownie najechała na przeszkodę i jej koń znowu bardzo ładnie skoczył. Pani Marta zaczęła krzyczeć tak głośno, że Basi przeszły ciarki po plecach.

    - Monika, ośle, nie da się zrobić dwóch foulée na siedmiu metrach, skocz to porządnie albo ja tu zagotuje! - Pani Marta zrobiła się czerwona i Basia zaczęła się obawiać, że rzeczywiście może się zagotować. Monika chyba trochę się przestraszyła, ale pojechała o wiele szybciej. Teraz Basia już niczego nie rozumiała, bo koń Moniki zrzucił drugą przeszkodę, a pani Marta była bardzo zadowolona i powiedziała do Moniki
    - Widzisz, ośle dardanelski, że się da! Jeszcze raz!?

Może chodzi właśnie o to, żeby drugą przeszkodę strącić? Monika pojechała jeszcze raz, tym razem jej koń nie strącił ani pierwszej, ani drugiej przeszkody. Wtedy pani Marta krzyknęła:
    - Super! Kółko kłusa na długiej wodzy, stęp, cukier, koniec! -  A do Basi powiedziała - I co, mała, podoba ci się?" -     -      - Bardzo, tylko nie wszystko rozumiem.
    - To normalne, ja też jeszcze wszystkiego nie rozumiem, a czego nie rozumiesz tak najbardziej? - pani Marta była już spokojna i znowu miła.
    - Nie rozumiem, czy to trzeba stracić przeszkodę, czy nie.
    - A skąd ci przyszło do głowy, że trzeba strącić? - pani Marta zrobiła zdziwioną minę.
    - No bo kiedy Monika nie zrzuciła, to pani na nią krzyczała, a gdy zrzuciła, pani powiedziała, że dobrze. I jeszcze nie rozumiem, co to jest foulée.
    - Filip! Zrób kilka foulée galopu - krzyknęła pani Marta.
    - Już popuściłem popręg - odkrzyknął Filip.
    - Ja jeszcze nie popuściłam - Monika przejeżdżała tuż obok nich, już uśmiechnięta i zadowolona.
     - Dobrze, to zagalopuj tutaj blisko, żebyśmy mogły zobaczyć, co to jest foulée - Monika skróciła wodze, a po sekundzie Oliver już galopował, ale bardzo powolutku.
    - Widzisz - tłumaczyła pani Marta - foulée to krok konia w galopie albo inaczej - odległość od miejsca, z którego koń odrywa nogę, aż do miejsca, w którym te nogę ponownie stawia. Kiedy przeszkody oddalone są od siebie o mniej więcej siedem metrów, to koń - a nawet duży pony jak Oliver - powinien zrobić między nimi jedno foulée. Wtedy skok jest płynny. Oczywiście, zrzutka jest błędem, ale na treningach - i to na takich małych przeszkodach - najważniejsze jest to, żebyście uczyli się jeździć poprawnie i w ładnym stylu. To będzie miało znaczenie, kiedy przyjdą naprawdę wysokie przeszkody - Powiedziała  "żebyście"! Czyli ona też! To z całą pewnością oznacza, że Basia też będzie uczyła się skakać! Miała ochotę podskakiwać, ale to chyba jeszcze nie bardzo wypada. Uśmiechnęła się tylko swoim najszerszym z uśmiechów i powiedziała 
    -Rozumiem -
    - A teraz biegnij do stajni - pani Marta chyba ją polubiła - Sylwia już tam na ciebie czeka, dzisiaj pojedziesz na Miniaturсе - Takiej wiadomości Basia nie mogła wysłuchać spokojnie. Wyskoczyła w górę, klaszcząc w ręce. W tym momencie koń Matyldy, która przejeżdżała właśnie obok nich, gwałtownie odskoczył i pogalopował przed siebie. Zanim Matylda zdążyła pozbierać wodze i zatrzymać Berka, byli już przy ogrodzeniu.
    - Co robisz idiotko! - wrzasnęła Matylda, kiedy tylko udało jej się zatrzymać konia. Basia stała przerażona z ręką na ustach. Przecież nie chciała wystraszyć konia Matyldy.
    - Matylda, ona nie chciała - odezwała się pojednawczo pani Marta.
    - Pani Marto, przecież bym się zabiła! - Matylda nie potrafiła ukryć wściekłości.
    - Nie tak łatwo jest się zabić - pani Marta przybrała lekceważący ton.
    - No, mała, grzmij do stajni - dodała, głaszcząc Basię po głowie, widząc jej przerażoną minę - pamiętaj, że przy koniach nie wolno robić tak gwałtownych ruchów - Całe szczęście, że pani Marta nie zaczęła krzyczeć na Basię, a nawet pogłaskała ją po głowie, bo dziewczynka przez chwilę ze strachu nie mogła oddychać. Obiecała sobie, ze już zawsze, kiedy będzie chciała podskoczyć, rozejrzy się dookoła, czy w pobliżu nie ma jakiegoś konia! A właściwie ktoś, kto jeździ konno, i do tego ma zamiar uczyć się skakać, w ogóle nie powinien podskakiwać. Podskakiwać mogą sobie małe dzieci, a Basia już na zawsze zrezygnuje z podskakiwania, no chyba przy prezentach pod choinką albo na zabawie, a tak to nie!

    Takie poważne postanowienie uspokoiło ją prawie zupełnie. Trudno się, było zresztą dalej martwic, kiedy w stajni czekała na nią najpiękniejsza na świecie Miniaturka. Kiedy oddaliła się od koni na odległość, która wydawała jej się wystarczająco bezpieczna, ruszyła biegiem do stajni. Na wieszaku obok boksu Miniaturki wisiało już siodło i ogłowie. Pani Sylwia pomagała siodłać konie jakimś nieznajomym dziewczynom. Karolina i Paulina, które Basia poznała poprzednio, wróciły przed chwilą z lasu. Opowiadały sobie wrażenia, jak gdyby każda z nich była w lesie osobno. Już galopowały, a koń Karoliny przeskoczył przez kałużę i Karolina nie spadła, a koń Pauliny galopował tak szybko, że to już chyba był cwał. I w ogóle było wspaniale, a tata Karoliny obiecał kupić jej po wakacjach konia na własność i jak jej tak dobrze idzie skakanie, to na pewno będzie startować w zawodach, a tata Pauliny jeszcze jej nic nie obiecał, ale jak Paulina będzie prosić, to może się zgodzi, bo jej też skakanie szłoby dobrze, tylko ze jej koń kałuże ominął.

    - Cześć -powiedziała Basia niezbyt pewnie, bo nie wiedziała, czy jej nie zauważyły, czy jak już człowiek galopuje, to nie rozmawia z takimi, co jeszcze nie galopują.
    - Cześć Basia! - dziewczynki chyba się ucieszyły z jej widoku.
    - Szkoda, ze nie byłaś z nami w terenie, było super, już codziennie galopujemy! Jutro mamy jeździć na ujeżdżalni! A dzisiaj skakałam przez kałużę! - Karolina wyglądała jak ktoś bardzo szczęśliwy.
    - A ja wczoraj spadłam - Paulina zakryła ręką usta i zachichotała jak Krecik z kreskówki - i musieli czekać aż wsiądę.      - Jesteście tu cały tydzień? Nie chodzicie do szkoły? - Basia nie potrafiła ukryć zazdrości.
    - No, jeszcze do niedzieli. Moja klasa pojechała na zieloną szkołę, a mnie było szkoda czasu na głupoty! - Karolina powiedziała to tak poważnie, że Basia sama zaczęła się zastanawiać nad swoją zieloną szkołą.
    - Moja klasa też jest na zielonej szkole - Paulina znowu zachichotała jak poprzednio. Basia nazwała ją nawet w duchu - Krecik.
    - Ja jadę teraz na Miniaturce - Basia koniecznie musiała się czymś pochwalić -może też będę galopować.
    - Na pewno. Galopowanie jest łatwiejsze niż kłusowanie, tylko trzeba się nie bać - Karolina zrobiła mądrą minę i Basia prawie jej uwierzyła, choć nie wydawało się to za bardzo prawdopodobne.
    - Mogłybyście się trochę odsunąć. Stanęły na środku jak krowy! - do stajni weszła Matylda z Berkiem. Basia oparła się o ścianę. Już nie mogła się dalej cofnąć, a Berek i tak otarł się o nią brzuchem. Był większy od Miniaturki, więc poczuła się trochę niepewnie. Ale to na pewno był przypadek.

    - No, dziewczyny - do stajni weszła Sylwia - sprzęt do siodlarni, tylko pamiętać, żeby umyć wędzidła. Później porobić wszystko z końmi, kiedy wrócę, będę sprawdzać. A ty, mała, chodź, siodłamy Miniaturkę - Basia ciągle nie wiedziała, co znaczy „porobić z końmi", ale dzisiaj na pewno się dowie, bo mama ma przyjechać później niż zwykle i nie będzie się musiała spieszyć.
    - Pani Sylwiu, czy będziemy dzisiaj galopować? - zapytała, kiedy zostały same.
    -Zgłupiałaś! - Sylwia była zaskoczona pytaniem. - Jeszcze wypadałoby się trochę pouczyć
    - Ale Karolina mówiła, że galopować jest łatwiej niż kłusować - Basia nie dawała za wygraną.
    - Może Karolina ma rację - Sylwia bawiła się coraz lepiej - ale jednak najpierw trzeba nauczyć się jako tako kłusować.
    - A one w ubiegłym tygodniu też jeszcze nie galopowały, a dzisiaj już skakały!
    - Kto ci naopowiadał takich bajek?
    - Karolina - Basia zaczęła się obawiać, czy przypadkiem dziewczyny się z niej nie nabijały.
    - Rzeczywiście, Fany przeskoczyła przez kałużę, ale tego jeszcze nie można nazwać skakaniem. A poza tym dziewczyny są tu już któryś raz, a ostatnie dziesięć dni jeżdżą codziennie po dwa razy. Koniec dyskusji, przynieś ogłowie! 
Tym razem Basia ubrała Miniaturce ogłowie prawie sama, Sylwia tylko trochę podtrzymywała. I siodło też założyła, a Sylwia pomogła zapiąć popręg. Dziewczyny, z którymi pojechały tym razem, jechały do lasu pierwszy raz. Teraz Basia była najbardziej doświadczonym jeźdźcem, więc to ona jechała na końcu. Była z tego bardzo dumna. Ania i Krysia były sporo starsze od Basi i jechały na koniach o wiele większych od Miniaturki. Kiedy ma tej samej drodze co poprzednio zakłusowały, Basia z Miniaturką zostały nieco w tyle. Odstęp robił się coraz większy i większy, nawet zaczęła się trochę obawiać, że zostanie sama i nie będzie wiedziała, jak trafić do klubu. Nagle Miniaturka przyspieszyła, a Basia zupełnie nie umiała anglezować.
    - Podnieś się trochę w strzemionach - krzyknęła z przodu Sylwia, która jechała swoim zwyczajem odwrócona twarzą do tyłu - chwyć się grzywy.
Basia bez namysłu wykonała polecenie Sylwii. Teraz było o wiele łatwiej, Miniaturka przesuwała się pod nią jak konik na biegunach.
   
    - Masz swój galop - zaśmiała się Sylwia.
To naprawdę jest galop! Basia była dumna i szczęśliwa. To najprawdziwszy galop na świecie i ona naprawdę galopuje na siwym koniu! Szczęście skończyło się niestety bardzo szybko. Po kilku krokach Miniaturka dogoniła resztę koni i przeszła z powrotem do kłusa. Gwałtowne hamowanie wytrąciło Basię z równowagi i o mało nie spadła. Dobrze, że trzymała się grzywy. Zaczęła znów anglezować. Karolina miała rację - galopowanie jest łatwiejsze od kłusowania, a na pewno sto razy przyjemniejsze.
 
- Stępem! - krzyknęła Sylwia i konie natychmiast zwolniły. Można się było trochę popoprawiać. Basia jeszcze przez chwilę napawała się swoim pierwszym galopem. Gdyby tak jeszcze raz kłusowały, to można by Miniaturkę troszkę przytrzymać, zrobić większy odstęp, a potem pogalopować trochę dłużej. Chwilę jechały stępem, Sylwia rozmawiała z dziewczynami, a Basia wierciła się w siodle, nie mogąc doczekać się kłusa.
    - Co, zakłusujemy jeszcze raz? - zapytała w końcu Sylwia.
    - Tak! Tak! - krzyknęła bez namysłu Basia.
    - Może już dzisiaj nie? - dziewczyna, która jechała na pierwszym koniu za Sylwia, nie miała ochoty na kłus. W trakcie poprzedniego kłusa nie udawało jej się anglezować i była chyba trochę poobijana.
Jaka głupia! - pomyślała Basia - gotowa zepsuć całą jazdę.
      - Tylko kawałeczek! - krzyknęła w nadziei, że Sylwia da się namówić i będzie można spróbować wprowadzić diabelski plan w życie. 
    - Wolałabym jednak nie - dziewczyna z przodu powiedziała to spokojnie, ale tak stanowczo, że wszelkie nadzieje Basi na jeszcze jeden odcinek galopu rozwiały się niczym poranna mgła. Najgorsze, że następnego galopu nie będzie bardzo długo, bo w poniedziałek jej klasa wyjeżdża na zieloną szkołę, na dwa tygodnie! Jadą nad morze wdychać jod. Jeszcze tydzień temu bardzo się cieszyła z tego wyjazdu, ale dzisiaj oddałaby wszystko, żeby morze wyschło albo żeby wykoleił się pociąg. Mogłoby stać się cokolwiek, żeby tylko nie trzeba było jechać. Szansa pozostania była jednak zupełnie nierealna, więc na kolejny galop będzie musiała czekać nie wiadomo jak długo, nie mówiąc już o skokach.
 
Za zakrętu wyłoniła się brama klubu. Koniec jazdy. Basia zazdrościła Karolinie i Paulinie dwóch jazd codziennie. Mama powtarzała zawsze, że należy się cieszyć z tego, co się ma, i nie zazdrościć innym. Można nie zazdrościć lalek albo ciuchów, ale jak tu nie zazdrościć koni!
 
    - Co jesteś taka smętna? Nie cieszysz się z pierwszego galopu? Nie było fajnie? - Sylwia patrzyła na nią badawczo.          - Fajnie, ale strasznie krótko, no i muszę teraz jechać na zieloną szkołę - Basia zrobiła jeszcze bardziej smutną minę.
    -Teraz to musisz porobić wszystko z koniem! A zielona szkoła nie trwa przecież wiecznie! Wstaw konia do boksu i rozsiodłaj, ja zaraz przyjdę - powiedziała Sylwia i poszła pomagać dziewczynom, z którymi były w lesie.
 
Basia uśmiechnęła się natychmiast. Wreszcie dowie się, co to znaczy „porobić z koniem". Zaprowadziła Miniaturkę do boksu. Odpięła popręg, ściągnęła siodło i powiesiła je na specjalnym wieszaku przed boksem. Kłopoty zaczęły się, kiedy chciała zdjąć ogłowie. Miniaturka drapała głową o przednią nogę, zupełnie nie zwracając na nią uwagi. Kiedy w końcu przestała i Basia chciała odpiąć pasek pod szyją, żeby zdjąć ogłowie, Miniaturka nagle uznała, że Basia jest równie dobra do drapania jak noga. Próba zupełnie się jednak nie powiodła, bo „drapak" przy pierwszej próbie wyrżnął jak długi. Zdziwiona Miniaturka zrobiła dwa kroki i pochyliła głowę nad leżącą Basią, jak gdyby chciała sprawdzić, czy nic się jej nie stało.
    - Odpoczywasz? - do boksu weszka Sylwia.
    - Ona mnie przewróciła! - Basia nie wiedziała, czy wypada się śmiać, czy raczej płakać. Miała ochotę na jedno i drugie.
    - Trzeba uważać, bo można sobie nabić guza - Sylwię rozbawił obrazek, jaki zobaczyła - wstawaj i zdejmij jej w końcu to ogłowie, a załóż kantar. Kiedy Sylwia była w pobliżu, wszystko szło już gładko. Miniaturka dała sobie zdjąć ogłowie, nie było też kłopotu z założeniem kantara. Basia zaprowadziła klacz do miejsca, gdzie stał koniowiąz, taki sam jak przed każdym bankiem na Dzikim Zachodzie. Była to po prostu poprzeczna belka, do której przywiązywało się konia. Najpierw przy pomocy ogrodowego węża należało umyć koniowi dokładnie nogi i kopyta. Trzeba było podnieść każdą nogę i wyczyścić również kopyta od spodu przy pomocy zakrzywionego haczyka, nazwanego przez Sylwię kopystką. Później rozczyścić starannie zaklejki, czyli miejsca, gdzie sierść była posklejana pod wpływem potu. Do rozczyszczania zaklejek służyła specjalna plastikowa szczotka z tysiącem małych, plastikowych igiełek.
 
 
Potem przy pomocy pędzelka należało wysmarować kopyta smarem do kopyt, również pod spodem.
 
Kiedy wszystko było już prawie gotowe, Sylwia przyniosła butelkę z płynem pachnącym miętą. Wylała odrobinę na rękę i zaczęła wcierać go w nogę szybkimi ruchami w górę i w dół.
    - Na co patrzysz? Bierz i wcieraj w drugą - podsunęła butelkę w stronę Basi.
    - Po co to robimy? - zapytała Basia, wcierając płyn w drugą nogę dokładnie tak jak to robiła Sylwia.
    - Ścięgna, w które wcieramy płyn, są bardzo delikatne i często ulegają kontuzjom. Dzięki wcierkom lepiej się regenerują i wzmacniają.
    - Czy zawsze po jeździe trzeba robić to wszystko? - Basia jak zwykle chciała wiedzieć jak najwięcej.
    - Jeśli kocha się swojego konia i chce, żeby długo był zdrowy, to tak -  Basia wiedziała nareszcie, co znaczy „robić z koniem"', zastanawiała się nawet, czy „robienie z koniem" nie jest przyjemniejsze od samej jazy. W stajni założyła jeszcze koniowi na nogi zapinane na rzep futerka, które miały utrzymać ciepło potrzebne do lepszego krążenia krwi. Miniaturka szybko zorientowała się, w której kieszeni Basia trzyma cukier, i co chwile trącała ją o następną kostkę. Ale niestety cukier się skończył. Trzeba było jechać do domu. 
 
20 lat temu dzieci mogły jeść cukierki, a konie cukier w kostkach. Dziś wiadomo, ze cukier jest szkodliwy również dla koni, zastąpiony został specjalnymi smaczkami, zdrowymi i smaczniejszymi >>zobacz ofertę smaczków dla koni<<
 
 
c.d.n.