Część II - Rozdział pierwszy

Część II
 
 
I
 
     Dni ma obozie uciekały jeden po drugim. Wieczorem, kiedy Basia zasypiała, marzyła sobie, żeby tak było już zawsze. Dzieci z obozu podzieliły się na dwie grupy. Większa grupa przychodziła do stajni tylko na jazdę. Pani Marta nazywała ich pogardliwie "dupotłukami" i właściwie zupełnie ich nie zauważała. Po jazdach grali w piłkę albo się opalali, chodzili na basen albo romansowali. Były to w większości starsze dziewczyny, które przez całe dziesięć dni nie potrafiły nauczyć się anglezować. Nie było z nimi o czym rozmawiać. Dziewczynki z pokoju Basi były zupełnie inne. Po dwóch dniach wydawało się, że znają się od zawsze. Całe dnie spędzały w stajni lub na ujeżdżalni, kiedy trenowali starsi, albo same jeździły. Konie były też jedynym tematem rozmów. Dziewczynki jeździły jeszcze do lasu, ale po południu, kiedy odbywały się treningi, zawsze miały w pogotowiu toczki, bo zwykle sportowcy dawali im konia do stępowania. Po treningu koń musi jeszcze dziesięć, dwadzieścia minut chodzić stępem, aż do czasu, kiedy wyschnie z potu i wyrówna oddech. Dla zawodnika jest to nudny obowiązek, i wszyscy z przyjemnością wyręczali się dziewczynkami. A dla dziewczynek była to nie lada frajda, tym bardziej, że na końcu jechało się jeszcze do rzeczki. Kiedy koń był już zupełnie suchy i spokojnie oddychał, zjeżdżało się bardzo stromą dróżką do głębokiego jaru. Na dnie jaru płynął szeroki strumień albo - jak kto woli - wąska rzeczka. Jechało się tą rzeczką pod prąd ponad dwieście metrów. W niektórych miejscach woda zakrywała koniom ledwie kopyta, ale w innych sięgała prawie do brzucha. Niektóre konie uwielbiały takie zakończenie jazdy, grzebały nogami w taki sposób, że często wracało się z przejażdżki całkiem mokrym. Wyjeżdżało się z jaru jeszcze bardziej stromym wyjściem z drugiej strony klubu. To w czasie stępowania koni dziewczynki dowiedziały się, że kiedy jedzie się stromym zjazdem, trzeba pochylić się do przodu, a nie do tyłu, i jechać prostopadle w dół. Agnieszka, która jeździła również, na nartach, mówiła że trzeba jechać "na krechę". Dowiedziały się też, że w czasie wyjeżdżania stromym podjazdem wodze powinny być puszczone, trzymać należy się grzywy. Woda w rzeczce była lodowato zimna, dzięki temu świetnie chłodziła koniom ścięgna po forsownym treningu. Zdarzało się jednak, że w rzeczce lądował jeździec i wtedy temperatura wody nie była już zaletą, przynajmniej dla osoby, która do niej wpadła.
 
Jak dbać o nogi konia? - Codzienne zabiegi i profilaktyka  >>kliknij<<
 
    Kiedyś Basia musiała zostać dłużej w stajni. Dżinks, na którym tego dnia jeździła, miał dugą sierść i czyszczenie po jeździe zabierało dwa razy więcej czasu niż w przypadku innych koni. Kiedy w końcu przyszła na ujeżdżalnię, wszystkie dziewczynki stępowały już jakieś konie. Trenował jeszcze tylko pan Paweł na wielkim jak góra Cezarze. Basia była trochę zła na siebie, że tak długo zmarudziła w stajni, bo przecież pan Paweł na pewno nie da jej do stępowania Cezara, a zresztą chyba by się nawet bała. No trudno, może będzie stępować jakiegoś konia po następnym treningu. Usiadła na ogrodzeniu i patrzyła z wielką przyjemnością, jak Cezar pokonuje coraz większe przeszkody. Po każdym skoku pan Paweł głaskał go po szyi, a pani Marta podnosiła drągi jeszcze wyżej. Na końcu przeszkoda była już dużo wyższa od Basi.
Kiedy pan Paweł najeżdżał na nią, Basia zamknęła oczy. Otworzyła je dopiero wówczas, gdy usłyszała, jak pani Marta krzyknęła:
    - Super, wystarczy!
    - To nowe wędzidło jest dla niego świetne - pan Paweł by wyraźnie zadowolony z treningu. Przejechał jeszcze dwa razy kłusem dookoła ujeżdżalni i zatrzymał konia obok Basi. Zeskoczył i powiedział:
    - No, mała, wsiadaj.
    - Ja?! - Basia nie mogła uwierzyć, że to ona ma stępować Cezara.
    - A widzisz tu jeszcze kogoś?
    - No, nie - Basia podeszła do Cezara - ale ja na niego nie wsiądę - dodała zrozpaczona, bo strzemię wisiało ponad jej głową. Pan Paweł nic nie odpowiedział, tylko chwycił Basię pod pachy. Nagle poczuła, że frunie gdzieś wysoko, wysoko. Po długim locie wylądowała wreszcie na grzbiecie Cezara, w wielkim jak kanapa siodle. Bała się spojrzeć w dół. Kiedy się w końcu odważyła, przypomniała sobie wrażenie, jakie miała, siedząc na koniu po raz pierwszy. Do ziemi było bardzo daleko.
    - A strzemiona? - zapytała niepewnie.
    - Po co ci strzemiona do stępowania? - odpowiedział pytaniem na pytanie pan Paweł i klepnął Cezara po zadzie. Koń ruszył stępem z opuszczoną głową. Był wyraźnie zmęczony treningiem. Po chwili niepokój minął. Cezar reagował posłusznie na najdelikatniejszy ruch wodzami. Basi wydawało się nawet, że wystarczy pomyśleć, w którą stronę chciałoby się skręcić, żeby koń tam poszedł. Kolejność, w jakiej mieli jechać do rzeczki, zawsze ustalała pani Marta albo pan Paweł i nie wolno było jej zmieniać.
Każda dziewczynka chciała jechać pierwsza, bo wtedy można było sobie wyobrażać, że jest się Sylwią i prowadzi się teren. Kiedy pani Marta wymieniła Cezara jako pierwszego, Basia aż pisnęła z radości. Natychmiast jednak zrobiła  poważną minę i ruszyła w stronę jaru. Stromy zjazd z  grzbietu tak wielkiego konia wydawał się jeszcze straszniejszy niż normalnie, ale kiedy Cezar wszedł już do wody i ruszył w górę strumienia, wróciła pewność siebie. Koń szedł spokojnie, zrywając tylko od czasu do czasu kępki trawy rosnącej na brzegu. Basia odwróciła się do tyłu, tak jak to robiła zwykle w czasie terenu pani Sylwia, patrzyła z góry na dziewczynki jadące za nią. 
    - Uważaj - powiedziała w którymś momencie Karolina.
    - Co mówisz? - Basia nie usłyszała, bo szum jaki robiły końskie nogi w wodzie, zagłuszał słowa.
    - Uważaj! - tym razem Karolina krzyknęła, ale było już za późno. Gałąź, pod którą wielokrotnie przejeżdżały i nawet nie trzeba się było pod nią schylać, okazała się rosnąć zdecydowanie za nisko dla kogoś jadącego na Cezarze. Basi zdawało się, że wszystko przebiega w zwolnionym tempie. Najpierw gałąź wyciągnęła ją z siodła, później zaczęła przesuwać po końskim grzbiecie aż na zad, a kiedy zad się skończył, Basia z pluskiem wpadła do wody. Woda zamortyzowała upadek, ale była lodowato zimna i Basia wyskoczyła jak z procy, głośno piszcząc. Cezar początkowo chyba nawet się nie zorientował, że nikt na nim nie siedzi, ale kiedy coś za nim plusnęło i zaczęło piszczeć, podniósł głowę, zastrzygł uszami i ruszył przed siebie kłusem. Pozostałe konie ruszyły za nim, wzbijając fontanny wody. Basia po każdym przebiegającym koniu była bardziej mokra. Na końcu szedł Berek. Był najmniejszy i nie nadążał za resztą koni kłusem, więc tuż obok Basi zaczął galopować. Spod jego kopyt wystrzeliły strugi wody dwa razy większe niż spod kopyt poprzednich koni. Na Basi nie została sucha nitka. Dziewczynki nie potrafiły zatrzymać koni, które biegły za Cezarem. Ten dopiero przy wyjściu z jaru zwolnił i już spokojnie dotarli do bramy klubu. Przodem szedł Cezar bez jeźdźca, a za nim reszta koni dosiadanych przez dziewczynki. Po galopie w wodzie też nie były zbyt suche, ale w porównaniu z Basią, która szła z tyłu, i tak wyglądały nie najgorzej.
    - Gdzie Basia? - zapytała nieco przestraszona pani Marta.
    - Płynie za nami - odpowiedziała Karolina - nie schyliła się pod gałęzią.
    - O, jest - zachichotała Paulina, wskazując bramę, w której stanęła właśnie Basia. Tym razem chichot Pauliny był w pełni uzasadniony. Nie dość, że cała mokra, to jeszcze oklejona błotem i piaskiem, bo wychodziła po strome ścianie z jaru prawie na czworakach. Wszyscy ryknęli śmiechem.
    - Co się stało? - zapytała rozbawiona pani Marta.
    - Nie wiem - odpowiedziała Basia - ale jestem dupa, a nie jeździec!